Narzędzia dostępności

Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej

Dodatkowe narzędzia

Poniedziałek, 17 maja 2021

Wywiad Prezydenta RP dla tygodnika „Sieci”

Prezydent i dziennikarz schodzą po schodach w ogrodach Pałacu Prezydenckiego   |   Rozmowa Prezydenta RP Andrzeja Dudy z Marcinem Wikło dla tygodnika „Sieci” Rozmowa Prezydenta RP Andrzeja Dudy z Marcinem Wikło dla tygodnika „Sieci”

Marcin Wikło, tygodnik Sieci: Panie Prezydencie, 10 maja odbyła się premiera książki „Operacja Duda 2020. Tajemnice kampanii. Opisuję w niej wydarzenia sprzed roku. Czy ten kampanijny czas wydaje się dziś panu bardzo odległy?

Prezydent RP Andrzej Duda: Bardzo, ale co nieco jeszcze pamiętam. Przypominam sobie na przykład, że widziałem pana w dudabusie [śmiech]. Nawet się zastanawiałem, czy nie powinienem zdjąć marynarki i podwinąć rękawów, by wyglądać tak, jak na zdjęciu z okładki. Nie ukrywam, że patrzę na nie z pewną nostalgią, wspomnienia wracają. To już rok, aż nie chce się wierzyć.

Jaki to był rok dla pana, dla Polski? Czy pan też ma wrażenie, że czas ostatnio bardzo przyspieszył?

To był bardzo trudny rok. Chyba nikt nie przypuszczał, że rozwój sytuacji epidemicznej sprawi, iż kolejnych świąt wielkanocnych nie będziemy mogli spędzić w gronie rodzinnym. Restrykcje sanitarne w wielu przypadkach to uniemożliwiły, mnie również. Nie mogłem wspólnie z rodzicami usiąść do stołu w wielkanocną niedzielę. Nie sądziłem, że wirus będzie z nami tak długo i że będzie tak uciążliwy. Wielu zadań, które w normalnym czasie bym wykonał, też nie dało się zrobić. Czas nieprzewidywalny, pełen niepokoju. Powiem wprost – czarny rok. Tak bardzo chcielibyśmy, by to wiosenne słońce, które od kilku dni nam towarzyszy, zagościło na dobre i pozwoliło nam już o tym złym czasie zapomnieć. Bo to nie są dobre wspomnienia.


10 maja ubiegłego roku miały się odbyć pierwotnie wybory prezydenckie, ale do nich nie doszło. Ta data jest też podawana jako pewna cezura czasowa konfliktu, który rozgorzał wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy. Czy pan, będąc wówczas w kampanijnym pędzie, miał świadomość, jak bardzo zaostrza się polityka między koalicjantami?
Tak. Widziałem to bardzo dobrze i nie da się ukryć, że to także na mnie oddziaływało. W tym sensie, że było pełno niepokoju w moim otoczeniu, w sztabie wyborczym. Czuć było w powietrzu, że są problemy. Mam nawet wrażenie, że było ich więcej, niż mogło się wydawać komentatorom. To nie były tylko utarczki pomiędzy liderami tworzącymi koalicję, ale także spory w tych partiach. Widziałem i odczułem efekty gier różnych frakcji, interesów politycznych wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości. To, że to zwycięstwo stało się jednak faktem, to w głównej mierze zasługa wąskiego grona ludzi, którzy tego bardzo chcieli, bo rozumieli, że to jest droga do dalszej naprawy Polski. To więc był nasz wspólny sukces, ale nie powiedziałbym, że został łatwo osiągnięty.

Znam pana zdanie na temat wyborów, które miały się odbyć 10 maja w formule wyłącznie korespondencyjnej. W książce mówi pan: „Nie byłem zainteresowany zwycięstwem w takich wyborach, które były organizowane nie przez Państwową Komisję Wyborczą". Czy czuł pan wówczas polityczne naciski, by jednak do tej formuły dążyć?

Na mnie nie było żadnych nacisków. Bardziej odczuwałem pewien impas sytuacyjny. Widziałem wyraźnie konflikt dwóch interpretacji tego tematu. Z jednej strony krytyczne podejście premiera Jarosława Gowina, a z drugiej odmienne od niego zdanie kierownictwa PiS. To było spore tarcie i każda ze stron miała swoje argumenty. Rozumiałem to, że formuła korespondencyjna była podyktowana troską, by nie doszło do masowych zakażeń. To było przecież realne zagrożenie. Powiedzmy sobie też, że panujący wówczas chaos nie był tylko wynikiem tego, co działo się w Zjednoczonej Prawicy. Nie można zapomnieć o obstrukcji ze strony opozycji, ile trwało i jak było przeciągane procedowanie ustaw w Senacie. Można było to załatwić szybciej, ale nie, przetrzymywano to z premedytacją. Czas więc uciekał i bardzo ograniczył możliwość zorganizowania wyborów, które nie byłyby kwestionowane.

A jakie największe ryzyko pan widział?
Obawiałem się, że te wybory się po prostu nie udadzą. Że zostaną ośmieszone w kraju, za granicą. Że będzie to niedopracowane, organizacyjnie niedopięte. Uważałem, że to jest po prostu zbyt duże ryzyko.

Z jaką wizją Polski ruszył pan wówczas w kampanijną trasę? Co postanowił obiecać Polakom?
Nie ukrywam, że mimo wszystkich trudności, w tej kwestii miałem pewien komfort. Idąc do ludzi, wiedziałem, że my, ja i rząd, w ogromnej części dotrzymaliśmy obietnic wyborczych z poprzednich kampanii. Szedłem z podniesioną głową. Oczywiście przychodzili tacy, którzy punktowali, że nie zrobiliśmy jeszcze tego czy tamtego, ale więcej się udało, niż nie udało i to mi ludzie przyznawali.

Zgoda, wszedł pan w tę kampanię bez nadmiernego obciążenia przeszłością, ale wydaje mi się, że to mogła być zaledwie połowa planu. To już było, a co na przyszłość?
Handicap polegał na tym, że mogliśmy mówić: jesteśmy poważnymi politykami, dotrzymujemy słowa, więc jeśli teraz coś wam obiecamy, to na słowach się nie skończy. Dlatego ta przeszłość jest tak ważna. Obiecałem więc, że jako Prezydent nadal będę pracował nad tym, by Polakom żyło się lepiej.

Rzeczywiście, wielokrotnie wtedy i pan, i przedstawiciele popierającej pana koalicji rządzącej mówiliście: jeszcze tylko to zwycięstwo i wjeżdżamy na trzyletnią autostradę do poprawy życia Polaków. Rozumiem, że w tym czasie dusił nas COVID-19, więc może nie wszystko dało się zrobić, ale czy ma pan wrażenie, że ludzie, którzy oddali na pana głos, są pewni, że go nie zmarnowali?
Obawiałem się, że te wybory korespondencyjne po prostu się nie udadzą. Że zostaną ośmieszone w kraju, za granicą. Że będzie to niedopracowane, organizacyjnie niedopięte. Uważałem, że to jest po prostu zbyt duże ryzyko  Myślę, że wielu ludzi, którzy oddali na mnie glos, jest dzisiaj w pewnym sensie zawiedzionych. Być może wynika to z tego, że nie do końca rozróżniają, co jest kompetencją Prezydenta, co rządu, co poszczególnych ministrów. Ale tego od moich rodaków nie wymagam. Wiem, że to był bardzo trudny czas i ludzie w ogóle mają obniżony nastrój, są rozczarowani nie tylko polityką. Na swoją obronę powiem, że obóz władzy, który także reprezentuję, podejmował w pandemii takie decyzje, które spowodowały, iż polska gospodarka przetrwała ten czas względnie bardzo dobrze. Używam świadomie oceny „bardzo dobrej", choć wiem, że niektóre branże zostały dotknięte kryzysem bardzo mocno. Turystyka, hotelarstwo, branża restauracyjna zostały zmasakrowane, szczególnie tam, gdzie dochód generowali turyści zagraniczni. Trudno więc tym ludziom, których interesy upadają, przyjmować tłumaczenie, że gospodarka ma się dobrze. A tak jest. Eksperci zapewniają mnie, że fundamenty finansowe państwa nie zostały naruszone. I wielkim naszym zadaniem dzisiaj jest to, by wykorzystać sytuację, że przetrwaliśmy. Teraz jest czas na wyjście z konsekwentnie realizowanym programem, po pierwsze, odbudowywania zaufania, po drugie, umożliwienia im wyjścia z niewątpliwego dołka. By Polska wciąż była dla nich krajem, w którym chcą żyć, pracować, rozwijać się i wychowywać dzieci. To jest niezmiennie mój cel i z nim idę przez tę prezydenturę.

Czy takim spojrzeniem w przyszłość ma być prezentowany przez premiera Mateusza Morawieckiego Nowy Polski Ład? Czy uda się przed wyborami w 2023 r. zatrzeć to fatalne wrażenie po konflikcie, który w koalicji rozpoczął się praktycznie od razu po pana zwycięstwie?
Ja jako ostatni z kręgu Zjednoczonej Prawicy miałem długi, bezpośredni kontakt z wyborcami. I to ja miałem okazję wysłuchiwać oczekiwań i uwag Polaków wobec „władzy". Stąd mój niedawny, tak mocny głos do obozu rządzącego.
Powiedziałem, że chodzi o naszą Rzeczpospolitą, proszę swoje spory załatwić i zająć się sprawami, które musimy nadal realizować. Nie wygłupiajcie się! Trzeba być odpowiedzialnym. Ludzie nam zaufali. Wybrali mnie po raz drugi, potem w wyborach parlamentarnych także ponownie wskazali PiS, to zobowiązuje. Polacy mają prawo rozliczać nas z naszych działań. Jest szansa na to, byśmy zrobili jeszcze sporo dobrego, bo choćby wspomniany Nowy Polski Ład to plan wart tego, by o niego powalczyć.

Dzisiaj prawica jest w dołku, przyznają to politycy obozu rządzącego. To więc może dobry moment, by zapytać wprost, czy kolejne zwycięstwo w 2023 r. jest możliwe?
Nowy Polski Ład to program w wielu punktach bardzo ambitny. Ale ostatnie sześć lat pokazało, że nie można nie podejmować dużych wyzwań. Da się, potrafimy. Mamy determinację. Nie wszystko udaje się od razu, ale wielkie inwestycje się rozpędzają i pozytywnie skończą. Jestem tego pewien. Jeżeli Zjednoczona Prawica do 2023 r. utrzyma wiarygodność i będzie pracowała dla ludzi, by odrobić utracone punkty, to wygra. W mojej ocenie szansa na ponowny sukces jest bardzo duża.

Rok temu jechaliśmy przez Polskę dudabusem. Jaki kraj widział pan z tego pierwszego siedzenia? Często powtarzał pan: „Polska jest piękna!".
Bo jest! Od tej strony tę podróż wspominam bardzo miło. Ja w ogóle lubię motyw drogi i w książkach, i w życiu. Prezydentura jest drogą. I kampania też, nawet bardziej dosłownie. Cudownie rozpoczynające się lato, bo to w takim czasie przemierzaliśmy Polskę. Te wspaniałe poranki na Kujawach czy w Wielkopolsce to są urocze wspomnienia. Mimo trudów i stresów, które pan widział na własne oczy i opisał w książce, to była piękna podróż.

Które spotkania, gesty, rozmowy, miejsca zostały w panu najbardziej?
Na samym początku kampanii, podczas spotkania na rynku w Łowiczu, podszedł do mnie mężczyzna. Bardzo parł w moim kierunku, nawet zaniepokoiło to panów odpowiedzialnych za moje bezpieczeństwo. Miał ogromne emocje wypisane na twarzy, był bardzo wzruszony. Powiedział, że dzięki temu, iż dotrzymaliśmy słowa i wprowadziliśmy program 500+, jego córka może studiować. To było bardzo poruszające. Pomyślałem sobie wtedy: kurczę, dla takich
momentów warto znosić wszystkie trudy.

W tej kampanii, to niezwykłe, miał pan do czynienia nie z jednym głównym przeciwnikiem, a ze sztafetą. Zaskoczyło to pana?
Jeszcze przed startem kampanii zastanawialiśmy się z moimi współpracownikami, co to będzie. Kandydatury pani marszałek Kidawy-Błońskiej nie przewidział nikt. Wielu za to przekonywało mnie, że wystartuje Donald Tusk. Ja z kolei byłem pewien, że nie. Że się nie poważy, bo wszedłby w sytuację, w której nie ma gwarancji powodzenia. Że te wybory po prostu mógł przegrać. I miałem rację. Wymiękł. Natomiast proszę mi wierzyć, że od początku uważałem, iż najpoważniejszym kontrkandydatem może być Rafał Trzaskowski. On był już wtedy Prezydentem Warszawy. Uważałem, że to byłby oczywisty ruch tamtej strony, budowanie go jako mojego alter ego. I co prawda nie za pierwszym, a za drugim razem, ale do naszego starcia doszło.

A jak ocenia pan jego siłę polityczną dzisiaj? O ponad 10 mln głosów oddanych na niego już mało kto pamięta, ale słyszymy, że jednak ma być centralną postacią jakiegoś ruchu, w którym być może weźmie udział PSL, a i Bronisław Komorowski chciałby się dołączyć. To poważny pomysł?
Oczywiście wyborcy oceniają to po swojemu, ale... nie jest dobrze, gdy chcesz być Prezydentem Rzeczypospolitej i dwa razy pęka rura w rządzonym przez ciebie mieście. Czasem trzeba wstać o piątej rano i robić swoją robotę. Ja w kampanii, gdy trzeba było, to byłem o szóstej rano pod kopalnią i nie zastanawiałem się, czy jestem zmęczony. Tam była kampania, tu jest prezydencka praca. Obowiązki, do których należy podchodzić poważnie, by traktowano cię poważnie. Gdyby zdecydował się wystartować w wyborach prezydenckich w 2025 r., z zaciekawieniem to poobserwuję. Już zupełnie z innej perspektywy, oczyma wyborcy, który bardzo chciałby, by w Polsce wszystko było jak najlepiej. A co się wydarzy przed 2023 r., zobaczymy. Na razie z ich przepychanek ludzie nic nie mają. Wygrać może jedynie lider, który ma na horyzoncie tylko dobro Polaków.
 

Już od kilku osób słyszałem, że ciekawi je ten fragment książki, w którym piszę o mało znanym fakcie. Wszyscy bowiem wiemy, że do wymiany kandydata doszło po stronie opozycyjnej, a nie mówi się o tym, że prezes Jarosław Kaczyński był bliski wycofania poparcia dla pana kandydatury.
To takie legendy [śmiech].

 

Zbyt wiele osób o tym mówi, by pozwolić sobie na włożenie tego między bajki.
Efekt jest taki, że dzisiaj ja jestem Prezydentem Rzeczypospolitej i wykonuję swoje obowiązki. Kandydata można wyznaczyć, to jest wielki przywilej kierownictwa partii politycznej. Wiadomo, że w PiS jest Jarosław Kaczyński i poparcie Prawa i Sprawiedliwości miałem za jego zgodą. Ale wybory są demokratyczne i decydują ludzie. Nie jest to więc tylko kwestia wskazania przez lidera, wybory trzeba jeszcze wygrać.

Panie Prezydencie, opozycja z uporem wylicza panu dni od wyboru Joego Bidena na Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Chodzi o to, że do pana nie zadzwonił. Sugestia jest taka, że Trump dzwonił, a Biden nie dzwoni, co ma być dowodem na położenie przez pana naszych relacji transatlantyckich.

Niedawno Pan Prezydent Joe Biden zaprosił mnie do udziału w szczycie klimatycznym, odpowiedział także na nasze zaproszenie do dyskusji w ramach Bukareszteńskiej Dziewiątki. Nie chciałbym być tutaj za bardzo pragmatyczny, ale powiem tak: jeżeli ruch bezwizowy pomiędzy Polską i Stanami Zjednoczonymi będzie utrzymany, jeśli armia amerykańska nadal będzie stacjonowała w Polsce, jeżeli nadal będziemy mieli amerykańską generalicję i dowództwo 5. Korpusu na naszym terenie, jeżeli będą utrzymane i poszerzane kontrakty energetyczne z USA, a co za tym idzie zapewnione nasze bezpieczeństwo energetyczne, jeśli będą w Polsce kolejne amerykańskie inwestycje, to możemy do siebie nie dzwonić, [śmiech]. Nie chodzi o to, by rozmawiać przez telefon. Chodzi o to, by dobrze prowadzić strategiczne interesy. I one są, proszę mi wierzyć, właśnie tak prowadzone. 

 

Poleć znajomemu